Pobierz najnowszą wersję flashplayer'a Flash

RSS

Aktualności

2010-04-19

Marcin

Indygo zdobywa wyspy Polinezji

Pierwsze wrażenie.

Widok z okien samolotu podchodzącego do lądowania na Raiatea był tak wspaniały, że pomimo godzin spędzonych w niewygodnej pozycji i kolejkach do odpraw wstąpiły w nasnowe siły. Humory poprawiły się jeszcze bardziej, gdy uśmiechnięta Polinezyjka (nasz kierowca) z tradycyjnym kwiatkiem za uchem, ku naszemu zdumieniu wycałowała nas „po polsku” na powitanie. Białe kwiaty, będące symbolem Polinezji i widniejące nawet na ogonach samolotów Air Tahiti ,są powszechnie noszone przez miejscowe kobiety. Nie jest to jak się spodziewałem wymarły folklor. Oprócz dekoracyjnej, kwiatek pełni również rolę informacyjną. Umieszczony za lewym uchem  oznacza, że jego właścicielka jest „zajęta”, czy jak to ujmują miejscowi ma pełne serce. Kwiatek po prawej stronie świadczy zatem, że w jej sercu jest jeszcze nieco miejsca, które można wypełnić.

Tymczasem jednak po bardzo, krótkiej podróży (2 km) dotarliśmy do mariny gdzie stał nasz Marquises 56. Sporych rozmiarów, choć niemłody katamaran miał się stać naszym domem na najbliższe 10 dni. Początkowo planowaliśmy popłynąć na nowej Catanie 41, jednak jak się dowiedzieliśmy jeszcze przed opuszczeniem Polski, utknęła ona w miejscowym urzędzie celnym. W zamian zaoferowano nam znacznie większy jacht, który posiadał jednak pewną wadę : stałego skippera. Gdy jeszcze w kraju usiłowałem się go pozbyć dokumentując swoje żeglarskie doświadczenie, armator zasłaniał się przepisami. Prawdziwy powód jego niezbędnej obecności na pokładzie zrozumiałem jednak już w pierwszych dniach rejsu. Na tym świetnie wyposażonym, lecz leciwym jachcie niemal nic nie działało tak jak powinno. Zapoznanie się z wszystkimi trickami przy uruchamianiu odsalarki, generatorów, czy choćby stawianiu grota zajęłoby mi dwa dni intensywnego szkolenia.

Na szczęście milczący Bruno znał jacht jak własną kieszeń i walka z techniką spoczywała na jego barkach. Dodatkowym atutem była oczywiście jego świetna znajomość akwenu oraz lokalnej kuchni.

Tak więc popłynęliśmy.

Akwen po którym pływaliśmy ograniczał się do Grupy Zawietrznej archipelagu Wysp Towarzystwa. Są to cztery, leżące blisko siebie wyspy: Raiatea, Taha, Bora-Bora i Huahine. Na pierwszy rzut oka podobne, przy bliższym poznaniu okazują się mieć różne charaktery.

Stosunkowo najmniej mogę napisać o wyspie, z której wypłynęliśmy czyli Raiatea. Na jej dokładniejsze zbadanie nie starczyło nam czasu. Wiem jednak, że zapewnia dużo atrakcji, takich jak np. pływanie kajakiem w górę rzeki Faaroa. Kajak można wypożyczyć razem z jachtem. Przydaje się czasem na kotwicowiskach do spokojnego zwiedzania okolicy.

W tym samym atolu co Raiatea leży znacznie mniejsza,Taha. W miejscowym yachtclubie we wtorkowe wieczory odbywają się pokazy polinezyjskich tańców. Zwykle na tego typu inscenizacje nie da się mnie wyciągnąć nawet końmi, ale tym razem proszę mi wierzyć byłem zachwycony. Spontaniczność i nieudawana radość z jaką miejscowi  w wieku od pięciu do pięćdziesięciu lat angażują się w pokaz sprawia, że nieuchronnie kończy się on powszechną imprezą. Będąc na Taha trzeba, też koniecznie zwiedzić hodowlę pereł. Nie jedyną zresztą na wyspach. Można tu kupić miejscową specjalność czarne perły oraz dowiedzieć się jak powstają.

Świetne miejsca do nurkowania i kotwiczenia znajdują się przy wyspach na rafie w okolicach przejść przez atol. Spokojnie można zostać tam na noc a rankiem na przykład, wybrać się pontonem na Motu Toahotu, gdzie po wstępnym poczęstunku rum-punchem miejscowy rybak pokaże nam ciekawe, lokalne gatunki ryb oraz zachęci do kąpieli z rekinami w wygrodzonym siatką baseniku. Dzieci tubylców ciągną te rekiny za ogony nie wykazując żadnych oznak respektu.

Najbardziej znaną turystycznie wyspą grupy jest Bora-Bora. Zawdzięcza to zapewne najbardziej pocztówkowemu krajobrazowi. Monumentalny, groźnie wyglądający szczyt porośnięty zielenią niknie niekiedy w chmurach. Otaczający go atol wypełniony turkusową wodą pełen jest dobrych kotwicowisk i miejsc do nurkowania, gdzie zobaczyć można manty. Niestety na wyspie jest też dużo hoteli,  wprawdzie pokryte strzechą domki na palach całkiem nieźle komponują się z krajobrazem, ale jest już zdecydowanie mniej intymnie niż na innych wyspach. Większość hoteli należy do Amerykanów, którzy podczas drugiej wojny światowej zbudowali tu na rafach pas startowy (sama wyspa to jedna, wielka góra) i otworzyli bazę lotniczą, przynosząc ze sobą zachodnią cywilizację z jej wadami i zaletami. Zresztą  lotnisko to funkcjonuje i ma się dobrze  do dzisiaj, tak jak wielu potomków amerykańskich lotników. Godnym polecenia miejscem na spędzenie nocy jest Yachtclub Bora-Bora.

Można zakotwiczyć tuż przed stylowymi budynkami i wybrać się na świetną kolację. Tuż obok jest też bardzo wesoły bar. W wiosce można w razie potrzeby zrobić zakupy.

Ostatnia z odwiedzanych przez nas wysp to Huahine. Tak naprawdę to dwie wyspy połączone mostem. Ma bardziej rolniczy niż turystyczny charakter. Są tu jedynie dwa hotele. Dobrym pomysłem jest zwiedzenie wyspy pick-up'em z miejscowym przewodnikiem. Nam trafił się Joel – Amerykanin mieszkający na Huahine od 26 lat.

Na początku rozbawił nas opowieścią o tym jak to mieszkańcy wyspy, która najdłużej opierała się kolonizatorom czują szczególny podziw dla Polaków, którzy tak wytrwale walczyli z komunizmem. Trzeba jednak przyznać, że jego wiedza na temat lokalnej kultury i przyrody był ogromna. Odwiedziliśmy między innymi miejsca kultu, plantację wanilii (podobno najlepszej na świecie, z której dostawy płyną nawet do Białego Domu) i strumień z ogromnymi, świętymi węgorzami.

Nasz przewodnik co kawałek zatrzymywał się by pokazać nam jakieś miejscowe rośliny i wytłumaczyć do czego można ich użyć lub z jaką legendą się wiążą. Dobry przewodnik jest na wagę złota. Z Joelem można się  skontaktować przez www.huahineisland.com lub  dzwoniąc na tel komórkowy: (+689) 78 58 31.

Reasumując Polinezję Francuską koniecznie trzeba zobaczyć. To jedno z niewielu odwiedzonych przeze mnie miejsc, w którym chciałbym zamieszkać. Ludzie żyją tam spokojnie i są bardzo mili. Nie do pomyślenia są tam powszechne na Karaibach sytuacje gdy zanim jeszcze zdążymy rzucić kotwicę opada nas chmara tubylców pływających na czym tylko się da, nachalnie próbujących sprzedać np. kokosa. Tu kokosy leżą na plaży. Można je po prostu podnieść i zjeść. Nie dziwię się załodze „Bounty”, że zbuntowała się właśnie tutaj.

Nawigacja.

Na tym akwenie miłośnicy żeglarstwa w sensie dosłownym mogą odczuwać lekki niedosyt. Pływania po otwartym morzu jest niewiele. Tylko tyle ile potrzeba na przemieszczenie się z jednego atolu do drugiego, czyli od kilku do kilkudziestu mil.

Większość czasu spędza się manewrując wewnątrz okalających wyspy atoli koralowych po dobrze oznaczonych, choć często wąskich szlakach. Na postawienie żagli można więc sobie pozwolić jedynie przy sprzyjającym kierunku wiatru. Woda jest tam gładka, pływy mają maksymalnie kilkanaście centymetrów wysokości a prądy nie są zbyt silne, choć występują. Trzeba je brać pod uwagę głównie planując kąpiel lub rzucenie kotwicy. Obowiązuje system oznakowania jak w Europie, czyli przy wpływaniu do atolu z morza po prawej stronie mijamy zielony stożek, a po lewej czerwony walec. Wewnątrz atolu jest to nieco mniej czytelne ze względu na różne rozgałęzienia torów wodnych ale generalnie okrążając wyspę w lewą stronę (przeciwnie do kierunku ruchu wskazówek zegara) czerwone walce będziemy mieli po lewej ręce (od strony wyspy) a zielone znaki po prawej (od strony rafy). Często stosowane są też „kardynalki”. Śledzenie mapy oraz obserwacje kolorów wody przed dziobem pozwolą zminimalizować ryzyko wypadku do minimum.

Klimat.

Są dwie główne pory roku: pora deszczowa od listopada do kwietnia („lato”) z temperaturami na poziomie 29 do 35 C i dużą wilgotnością oraz „zima” od mają do września.

Zimą jest nieco chłodniej 25-30 C, mniej opadów i nieco więcej wiatru. Za najlepsze miesiące  do uprawiania żeglarstwa uważa się sierpień, wrzesień i październik. Dominują wtedy wschodnie wiatry o sile 15-20 węzłów, a niebo jest czyste. Huragany praktycznie nie występują, choć w ciągu „zimy” zdarza się południowy wiatr o sile 25-35 węzłów ,zwany Maraamu, który może wiać nawet trzy dni. Jak widać nie jest to jakiś straszny sztorm, ale biorąc pod uwagę niewielką ilość marin, może powodować problemy przy kotwiczeniu.

Nasz rejs odbył się na początku stycznia i mieliśmy kilka dni deszczowych. Są to deszcze, jak to w tropikach, bardzo intensywne, ale w odróżnieniu od tych karaibskich potrafią trwać nawet tydzień non stop. Pewien francuski komik tak zdefiniował termin „tropikalna depresja”: „Mamy z nią do czynienia wtedy, gdy dwa lata oszczędzamy pieniądze by polecieć na Polinezję, a gdy już tam jesteśmy leje przez cały czas.” Takiego pecha nie miałem ani ja ani żaden z moich znajomych, którzy wcześniej spędzali tam Sylwestra, jednak następnym razem spróbuję się wybrać na wyspy zawietrzne w porze suchej.

Jak dolecieć?

Polinezja Francuska leży niemal dokładnie na drugim końcu świata względem Europy. Pod względem odległości nie ma znaczenia czy polecimy na wschód, przez Australię, Nową Zelandię albo Japonię, czy na zachód przez Los Angeles. Różnice w cenach są jednak wielkie. Nasze bilety kupowane z dużym wyprzedzeniem Warszawa – Londyn – Los Angeles – Papeete kosztowały ok. 3800,- PLN. Najtańsza alternatywa już 8500,- PLN. W każdym przypadku trzeba się jeszcze na końcu przedostać lokalnymi liniami z Tahiti na Raiatea, gdzie bazy mają wszystkie floty czarterowe. Ten lokalny bilet to kolejne ok. 230,- EUR w dwie strony. Słowem trzeba w powietrzu spędzić kilkadzieścia godzin. Taki maraton jest bardzo męczący nawet dla obytych z lataniem na długie dystansy. Dlatego nauczeni doświadczeniami poprzedników postanowiliśmy zminimalizować niedogodności, dzieląc podróż na etapy i poświęciliśmy dwa dni na zwiedzanie Los  Angeles lecąc na miejsce oraz jeden dzień podczas powrotu. Wizy amerykańskie i tak są potrzebne, nawet gdy leci się tylko tranzytem. Rozwiązanie to poza zaliczeniem dodatkowych atrakcji pozwala odpocząć i łatwiej przywyknąć do zmiany strefy czasowej. Różnica czasu między Warszawą a Tahiti wynosi 11 godzin. Z tego właśnie powodu smacznie przespaliśmy powitanie nowego 2010 roku. Na Raiatea dotarliśmy 31 grudnia i w środku dnia uczciliśmy szampanem polski nowy rok. Gdy jednak po niedługiej, jak mi się zdawało, drzemce obudziłem się ok. 23-trzeciej lokalnego czasu ujrzałem na pokładzie jedynie jednego, a i tak śpiącego członka załogi, po krótkiej walce wewnętrznej zdecydowałem się wrócić do koi. Tym samym był to najoryginalniej spędzony przeze mnie Sylwester.

Inne praktyczne informacje.

Miejscowa waluta to Pacific frank CFP (Franc Pacifique). Jeden euro to ok. 119,- CFP.

Przykładowe ceny: 1l benzyny = 160,- CFP, 1l wody mineralnej = 150,- CFP, piwo 0,33 Hinano – 250,- CFP, t-shirt pamiątkowy 1500,- CFP, danie w średniej restauracji 1200,- do 2000,- CFP.

Większość polskich operatorów komórkowych nie zapewnia łączności na terenie Polinezji. Nam udało się używać jedynie telefonu  w sieci Plus. Firmy charterowe zwykle zapewniają jeden telefon komórkowy lokalnej sieci. Numer kierunkowy Francuskiej Polinezji to +689.

Dla zdobycia wszelkich informacji warto zajrzeć na www.tahitiguide.com.


Data publikacji w serwisie: 2010-04-19
Strony: 1